Pojawiła się przez nikogo niezapraszana. Weszła bez pukania, w brudnych buciorach, rozsiadła się na kanapie i ani myśli odejść. Całymi dniami tylko siedzi i milczy, gapiąc się jedynie w kąt pokoju. Odbiera spokój i klarowność myśli. Zużywa cały tlen i zasmradza sobą przestrzeń, moją przestrzeń .
Wiem, że należy wyprosić niechcianego gościa, pozbyć się tej zmory. Czy zdołam wykrzesać z siebie energię, aby chwycić ją za brudny, podarty płaszcz i wyrzucić za próg?