Mgnienie

Z trudem uniosłem powieki, na ciele poczułem delikatny podmuch chłodnego, wrześniowego wiatru. Rozglądnąłem się. Las rozciągał się dookoła, siedziałem w samym środku na polanie pod wysoką sosną, która miała ze sto pięćdziesiąt lat. Próbowałem wstać, najpierw na czworakach, później powoli do góry. W głowie kręciło się strasznie, oczy zaszły mgłą. Chwyciłem za bolącą głowę i ze zdziwieniem odkryłem ogromnego guza. To tłumaczyłoby utratę przytomności, lecz nadal nie wiedziałem, skąd wziąłem się w tym lesie i gdzie las ten się znajdował. Z największym wysiłkiem utrzymałem się na nogach. Powoli ruszyłem przed siebie, początkowo posuwając się od drzewa do drzewa. Szedłem, co chwilę potykając się o korzenie i pniaki dawno ściętych drzew, starałem się wymijać zarośla i leżące gałęzie. Moje głośne, ciężkie kroki płoszyły sarny i zające, których kilka zauważyłem, jak uciekały w gąszcz. W koronach drzew ptaki głośno się awanturowały. Krajobraz nie zmieniał się, dopóki nie dotarłem na skraj lasu, gdzie ujrzałem przepiękne jezioro. Rozciągało się po sam horyzont, było koloru dojrzałego granatu. Chciałem podejść bliżej, lecz zauważyłem kobietę. Stała tyłem zanurzona po pas w wodzie. Jej jasna cera oraz rude, kręcone włosy wspaniale kontrastowały z ciemnym kolorem jeziora. Odwróciła się w moją stronę, nieświadoma mojej obecności. Ukryłem się za drzewem. Stałem oszołomiony jej urodą. Patrzyłem, jak powoli wychodzi na brzeg, jak kropelki wody spływają po nagim ciele, o które rozpryskiwały się wesoło promienie słońca. Nie chciałem się gapić, lecz nie potrafiłem odwrócić wzroku. Stała ukwiecona promieniami słońca, rozchodzącymi się we wszystkich kierunkach. Widziałem, jak wyciera wodę centymetr po centymetrze, patrzyłem, jak zakłada bieliznę, spodnie, koszulę. Przede mną rozpościerał się piękny widok: urokliwe jezioro schowane w starym, zaniedbanym lesie, porośnięte dookoła trzciną i tatarakiem. Ponad nim krążył dumny i majestatyczny orzeł, który wypatrywał ofiary. Na błękitnym niebie powoli i leniwie przesuwały się drobne chmurki. Każda z nich, figlarna i zwiewna, próbowała przesłonić słońce, które dzielnie odpierało te ataki. Na brzegu zaś – rudowłosa dziewczyna średniego wzrostu, o wydatnych piersiach i szerokich biodrach. Z miejsca, w którym byłem schowany, nie byłem w stanie dostrzec szczegółów twarzy, lecz i tak to ona przykuwała całą moją uwagę, pobudzała wszystkie zmysły do wzmożonego działania. Pociemniało mi w oczach, ciało stało się ciężkie, myśli zwolniły, zapadła cisza. Osunąłem się delikatnie na ziemię…

​Z trudem uniosłem powieki. Gdy wróciła mi świadomość, a oczy zyskały ostrość widzenia, stwierdziłem, że nie ma lasu, jezioro gdzieś przepadło. Chwyciłem się za bolącą głowę i ze zdziwieniem odkryłem ogromnego guza. Siedziałem na wilgotnej posadzce, w pomieszczeniu panowały ciemności. Ściana, o którą się opierałem, była przyjemnie chłodna – przynosiło to ulgę nieznośnie bolącej głowie. Miliony pytań, na które nie umiałem znaleźć odpowiedzi, nie dawały mi spokoju. Gdzie jestem? Czy tamto jezioro było snem? Co się ze mną dzieje? Oczy powoli przywykły do ciemności. Ciekawie rozglądnąłem się po pomieszczeniu. Było niewielkie, bardzo ciemne, odrobinę światła rzucało malutkie, zakratowane okienko po mojej prawej stronie. Pomieszczenie było rodzajem piwnicy. Musiało być bardzo stare, z sufitu zwisały gęste pajęczyny. Wiekowa cegła była wilgotna, woda sączyła się po niej. Pomieszczenie było w zasadzie puste, pomijając kawałki zmurszałego drewna na środku, które mogły być niewielkim stolikiem i krzesłem. Na ścianach zamontowanych było kilka uchwytów na pochodnie. Natrafiłem na stalowe koła, które mogły być wykorzystywane do mocowania kajdan lub łańcuchów. Wydawało mi się, że to pomieszczenie jest swego rodzaju lochem, co potwierdzało zakratowane okienko. Podniosłem się, powoli, lekko się kołysząc, podszedłem do okna. Było na wysokości mojej głowy, więc widok miałem dobry, a zapierał on dech w piersi. Ogromny, po prostu gigantycznej wielkości księżyc zapłonął tuż nad ziemią niczym żółta latarnia. Niebo pełne gwiazd, które świeciły niewiarygodnie jasno. Nie mogłem uwierzyć, że to, co widzę, jest prawdą, że nie śnię. Zamknąłem oczy i otworzyłem je ponownie, lecz księżyc nadal wisiał tuż nad ziemią i nie zmniejszył się ani odrobinę, a gwiazdy wciąż błyszczały cudownie. Stałem tak nie ruszając się, urzeczony wspaniałym widokiem. Z głębokiej zadumy wyrwał mnie nisko przelatujący gacek, który niezawodnie zwiastował rychły deszcz. Obszedłem loszek dookoła, aby znaleźć jakieś wyjście. W najciemniejszej części pomieszczenia natrafiłem na stalowe drzwi z małym zakratowanym wizjerem. Teraz moja teoria o lochu potwierdziła się na sto procent. Przyjrzałem się dokładniej drzwiom, które – choć zamknięte – powyginane były w dziwny sposób. Kształt wgnieceń świadczył o tym, że coś z ogromną, skupioną siłą uderzało w przeszkodę z zewnątrz. Z potrzaskanych mebli wybrałem kawałek drewna, który zapewne kiedyś był nogą stołu, a mi miał posłużyć jako taran. Rozbiegłem się i z potężną siłą naparłem na drzwi, które odgradzały mnie od wolności. Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu drzwi poddały się, nie stawiając żadnego oporu i wydając jedynie przeraźliwy pisk od lat nieużywanych zawiasów. Straciłem równowagę i upadłem. Początkowo byłem wściekły. Jednakże już po sekundzie, leżąc na zimnej, kamiennej posadzce tuż przed schodami prowadzącymi w górę, śmiałem się głośno sam z siebie. Okazało się, że drzwi były otwarte, a tego nie sprawdziłem. Podniosłem się. Wyszedłem na zewnątrz. Budynek, w którym znajdował się ów loch, okazał się ogromną willą. Dom był bardzo stary i potwornie zdewastowany – brakowało większej części dachu, wszystkie szyby były wybite, w niektórych oknach brakowało ram. Tynki odpadały całymi płatami, stan był opłakany. Za czasów świetności musiało tu być pięknie; front wielkimi oknami spoglądał na południe. Całość posiadała dwa piętra i poddasze. Na krańcach skrzydeł umieszczone były baszty ze strzelistymi, spiczastymi dachami. Loch umiejscowiony był w zachodnim skrzydle. Cały budynek znajdował się w wielkim parku, przez który przebiegała biała droga, wspaniale kontrastując z ciemnymi drzewami. Podszedłem pod same schody. Moje zdziwienie było ogromne, gdy spostrzegłem, że wykonane są z marmuru. Droga, wysypana białym grysikiem, okrążała wielką fontannę i przebiegała obok schodów. Nad wejściem frontowym znajdowało się zadaszenie podparte na marmurowych, prostych kolumnach. Drzwi były potężne, dębowe, pięknie rzeźbione. Podszedłem bliżej. Rzeźbienia przedstawiały sceny batalistyczne. Było ich dwanaście, po sześć na każdym skrzydle. Klamką był wąż wygięty w kształt litery „S”, z głową skierowaną na zewnątrz. Otwarta paszcza ukazywała język oraz zęby gada. Pochyliłem się, aby bliżej ją obejrzeć – jakież było moje zdziwienie, kiedy zauważyłem, że skóra węża wykonana jest z drobniutkich złotych płytek, które były niczym łuski. Kołatka była miniaturową kopią lwa, który w paszczy trzymał wielką obręcz. Podobnie jak klamka, wykonana była bardzo starannie i misternie. Zaskoczyła mnie dbałość o szczegóły oraz niesamowite zachowanie proporcji. Chwyciłem za klamkę, aby wejść do środka i obejrzeć ten niesamowity dom. W tym momencie usłyszałem ciche rżenie konia. Odwróciłem się gwałtownie – ktoś tu był oprócz mnie. Musiałem się dowiedzieć, gdzie znajduje się to niesamowite miejsce. Wśród drzew ujrzałem karą klacz. Stała z dumnie podniesionym łbem, księżyc odbijał się od jej lśniącej i starannie wyczesanej sierści, grzywę miała zaplecioną w warkoczyki. Na jej grzbiecie siedziała rudowłosa, którą widziałem nad jeziorem. Ruszyłem w jej kierunku powoli, aby nie spłoszyć zwierzęcia. Gdy rudowłosa spostrzegła, że kieruję się w jej stronę, ściągnęła wodze i uderzyła łydką. Klacz dostojnie i bez zbędnego grymaszenia zawróciła w miejscu i ruszyła stępa. Do parku wbiegłem w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą stały. Mijałem stare drzewa, przeskakiwałem nad korzeniami. Pod moimi stopami głośno pękały suche gałęzie. Ściółka delikatnie zapadała się pod ciężarem moich kroków. Gdy zbliżyłem się, dziewczyna zgrabnie przeszła w kłus. Utrzymywała stałą odległość. Biegnąc, szybko się zadyszałem – nigdy nie byłem dobry na długich dystansach. Mięśnie paliły nieznośnie, oddech stał się ciężki, serce waliło mocno, w oczach pociemniało. Zatrzymałem się, schyliłem mocno głowę, aby dotlenić mózg. Gdy się wyprostowałem, dziewczyna stała nieopodal, ciekawie mi się przyglądając. Postąpiłem dwa kroki do przodu, klacz również ruszyła. Teraz byłem już pewny, że dziewczyna nie pozwoli mi się zbliżyć – prawdopodobnie chciała mnie gdzieś zaprowadzić, ale gdzie? Cała sytuacja wydawała się niezmiernie dziwna. Ruszyłem powoli w ślad za karą klaczą. Maszerowaliśmy wciąż przez park. Zapytałem dziewczynę, gdzie jesteśmy i jak ma na imię, jednak na żadne z moich pytań nie udzieliła odpowiedzi. Spojrzałem w niebo – gwiazd nie było już widać. Niebo zaciągnęło się ciężkimi chmurami. Zatrzymałem się. Moim oczom ukazało się jezioro; jego tafla była gładka jak szkło i czarna jak węgiel. Pomimo tego, że chmury zasłoniły księżyc i gwiazdy, od jeziora bił piękny, uspokajający blask. Stałem, zastanawiając się, skąd on się bierze, gdy z nieba posypały się chłodne krople deszczu. Tak, nisko latający gacek zawsze zwiastuje deszcz. Powierzchnia jeziora pokryła się drobnymi falami wywołanymi przez spadające krople. Nie zauważyłem nawet, kiedy rudowłosa zniknęła. Wróciłem do posiadłości. Drzwi były otwarte, wszedłem. Podłoga wewnątrz również była marmurowa – kamień był biały, poznaczony ciemnymi żyłkami. Na wprost drzwi, z lewej i prawej strony, potężne schody rozpoczynały swój bieg, łącząc się na wysokości około trzech metrów. Wzdłuż frontu budynku biegły długie korytarze. Podszedłem bliżej schodów. Kilka par drzwi z lewej strony było zamkniętych. Pierwsze drzwi z prawej drgnęły i wpuściły mnie do biblioteki. Pomieszczenie było zadziwiająco wysokie, ściany zabudowano regałami, na których w dalszym ciągu równiutko poukładane były książki. Na lewej ścianie znajdował się sporych rozmiarów portal kominkowy z otwartym paleniskiem, pod którym poukładane było drewno. Na środku biblioteki stało ogromne biurko, misternie rzeźbione; na blacie oprócz lampki była tylko pokaźna warstwa kurzu. Przed meblem stały dwa krzesła, a za nim fotel. Po prawej stronie, nieopodal drzwi, stał ogromny skórzany fotel z szerokimi oparciami i wysokim zagłówkiem, przez jedno z oparć przewieszony był koc. Obok stał niewielki okrągły stolik, a za fotelem – wysoka lampa. Z trudem rozpaliłem ogień w kominku, przysunąłem siedzisko bliżej ognia. Mokre ubranie rozłożyłem na krzesłach, owinąłem się kocem i usiadłem w fotelu, który okazał się niesamowicie wygodny. Ogień przyjemnie strzelał, pochłaniając drewno i dając przyjemne ciepło. Byłem śmiertelnie zmęczony, więc błyskawicznie usnąłem.

Z trudem uniosłem powieki. Leżałem w swoim własnym łóżku. Pomimo tego, że rzadko zapamiętuję sny, ten wrył mi się w pamięć. Pamiętałem każdy szczegół: jezioro, loch, posiadłość i rudowłosą. Tak, ją pamiętałem najlepiej. Postanowiłem zaparzyć sobie kawy i spisać ten sen – był tak bardzo realistyczny, że chwyciłem się za głowę, aby sprawdzić, czy nie mam owego guza. Tak jak podejrzewałem, nie znalazłem go; uśmiechnąłem się. Wyszedłem z pokoju i poszedłem do łazienki. Spojrzałem w lustro. Patrzyła na mnie twarz z potarganą fryzurą, podkrążonymi, zmęczonymi, niebieskimi oczami. Tak, dobrze znam tę osobę. Umyłem twarz i zęby, poszedłem do kuchni i zaparzyłem kawę – ona postawi mnie na nogi. Wróciłem do pokoju, włączyłem komputer, odsłoniłem żaluzję. Za oknem pięknie świeciło słońce. Nagle zrobiło mi się potwornie zimno, moje ciało przeszły dreszcze.

​Z trudem uniosłem powieki. Zerwałem się – stałem półnagi w bibliotece, ogień w kominku zgasł. ​Podszedłem do ogromnego okna, za którym wciąż padał deszcz. Niebo zasnute grubymi chmurami zdawało się płakać. W oddali, na linii drzew, dojrzałem rudowłosą. Kobieta, dosiadając swej klaczy, zdawała się patrzeć wprost na mnie. Nie myśląc zbyt wiele, ruszyłem do wyjścia. Mój pospieszny chód po chwili zmienił się w bieg. W mojej głowie kłębiły się setki pytań. Gdy mijałem ogromne drzwi, moja stopa natrafiła na nieoczekiwany opór. Zachwiałem się, a do moich uszu dobiegł przeraźliwy pisk. Zmroziło mi krew w żyłach. Gdy odzyskałem równowagę, odwróciłem się i dojrzałem uciekającego rudego kota.
​~ Cholerny kot i sześć jego pokoleń wstecz, zęby bym sobie wybił przez sierściucha – pomyślałem.
​Jednak w następnej sekundzie przypomniałem sobie, że biegnę, aby wyjaśnić tę diabelną zagadkę. Gdy mijałem zrujnowaną fontannę, kobieta właśnie robiła zwrot przez zad i kłusem ruszyła pomiędzy drzewa parku. Przyspieszyłem, aby jej nie zgubić. Tym razem utrzymywała większą odległość, jednak znów odniosłem wrażenie, że nie chce mnie zgubić. Ewidentnie gdzieś mnie prowadziła. Straciłem ją z oczu przy jeziorze.
​~ Niemożliwe, aby to był przypadek – myślałem, ciężko łapiąc oddech.
Pochyliłem się, opierając ręce na udach. Uniosłem głowę, podejrzliwie przyglądając się jezioru. Wyglądało zwyczajnie: tafla wody bombardowana kroplami deszczu, a tuż nad nią słaniały się pasma gęstej mgły. ​W oparze majaczył jakiś niewyraźny kształt. Po chwili okazało się, że jest to niewielka łódź, która dryfowała niespiesznie w stronę brzegu, na którym stałem. Nie jestem bardzo cierpliwą osobą. Wizja kilkudziesięciu minut oczekiwania, aż łódka dobije do brzegu, skłoniła mnie do zholowania jej. Ściągnąłem buty, spodnie i ostrożnie wszedłem do wody. Płynąc, odniosłem wrażenie, że woda jest – z braku lepszego określenia użyję słowa – gęsta. Tak jakby jezioro stawiało opór, sprzeciwiając się dotarciu do łodzi. Przecież to niemożliwe, prawda? Prawda!? Siły szybko mnie opuszczały, a każdy następny ruch ręką sprawiał fizyczny ból. ​Po kilku minutach mozolnego płynięcia dotarłem, ciężko dysząc. Chciałem od razu wspiąć się do środka, lecz drewno było bardzo zbutwiałe i trzymało się już tylko na dobrych chęciach i słowie honoru. Zauważyłem wiosła w dulkach, opuszczone do wody. Na dziobie przywiązany był solidny sznur. Chwyciłem go i zacząłem holować łódź do brzegu. Gdy wyszedłem na brzeg, mogłem wreszcie zbadać jej wnętrze. Na dnie, tuż przy bance wioślarskiej, leżał gruby, wełniany płaszcz, a w jego wnętrzu – ludzkie kości. Wzdrygnąłem się na ten widok. ​​Nie powstrzymało mnie to jednak przed sprawdzeniem kieszeni nieszczęśnika. Gdy podniosłem płaszcz, aby go przeszukać, wysypało się z niego kilka kości, które spadły na dno łódki z głuchym grzechotem. Gdy już miałem włożyć rękę do kieszeni, poczułem przejmujące wrażenie, że jestem obserwowany. Rozejrzałem się i w oddali ujrzałem kobietę. W dłoni trzymała uzdę klaczy i przyglądała mi się bacznie. W płaszczu był duży, mosiężny klucz pokryty czarną patyną, z ozdobnym uchem. Ale było tam coś jeszcze. Zagłębiłem rękę ponownie, a po jej wyciągnięciu moim oczom ukazał się… pendrive. Moje zdziwienie było gigantyczne. Znaleziska schowałem do kieszeni.
~ Skąd tu pendrive? – głowiłem się.
​~ Cała ta okolica wydaje się być żywcem wyjęta z końca XIX wieku, a tu dwudziestopierwszowieczny gadżet. Przecież to nie ma najmniejszego sensu.
​~ Czy rudowłosa chciała, abym to odnalazł? – intensywnie kombinowałem.
Spojrzałem w miejsce, z którego mnie obserwowała. Ku mojemu zaskoczeniu wciąż tam była, patrząc na to, co robię. Zdawało mi się, że się delikatnie uśmiechnęła, lecz wtedy owionął ją opar mgły i całkowicie ją zasłonił.
~ A może nie chodzi o jezioro, tylko żebym oddalił się od posiadłości? – myśl ta spadła na mnie nagle.
Postanowiłem wrócić do biblioteki, rozpalić w kominku i zastanowić się, co robić dalej.
Ruszyłem w stronę posiadłości. Uszedłem może ze sto kroków, gdy nagle przeszył mnie potężny ból. Coś twardego walnęło mnie w kark. W oczach mi pociemniało. Ostatnią rzeczą, którą pamiętam, był upadek i ciche rżenie konia.
Nie wiem, jak długo byłem nieprzytomny. Gdy otworzyłem oczy, leżałem na podłodze w moim pokoju. Głowa pulsowała tępym bólem. Na potylicy wymacałem ogromnego guza. Włożyłem dłoń do kieszeni i wyciągnąłem z niej klucz i pendrive znalezione w płaszczu kościotrupa. Siedziałem na podłodze gapiąc się na zawartość kieszeni, nie wiedząc co myśleć o całej tej sytuacji. Popadłem w stan swoistego otępienia, z którego wyrwało mnie delikatne chrobotanie dysku twardego w komputerze. Wstałem i podszedłem do niego chcąc sprawdzić co znajduje się na pendrivie. Ku mojemu zaskoczeniu komputer wykrył urządzenie, na którym znajdował się jeden katalog, o nazwie „a”. Nie mogłem dostać się do zawartości, ponieważ folder był chroniony hasłem.
Na biurku obok klawiatury stał kubek z kawą. Nadal parowała. Upiłem łyk. Nie była już gorąca, ale wciąż bardzo ciepła.
~ zaraz, zaraz – pomyślałem. Bieg z biblioteki, kąpiel w jeziorze, przeszukanie łodzi, wszystko to musiało zająć najmniej ze trzydzieści do czterdziestu minut. Dlaczego ta kawa nie wystygła? O co tu chodzi? Nie mogłem śnić, dobitnie świadczą o tym rzeczy, które pojawiły się w mojej kieszeni. Wziąłem klucz w dłonie i dokładnie się mu przyjrzałem. Owe zdobione ucho to w rzeczywistości, misternie wykonany wizerunek węża.
~ gdzieś już widziałem taki, tylko gdzie? – próbowałem sobie przypomnieć. 
~ no tak! Olśnienie przyszło nagle. Bardzo podobnie wyglądały klamki w drzwiach posiadłości.
~ taka zbieżność może świadczyć o tym, że ten klucz pasuje do któregoś z zamków w zrujnowanym dworze – zastanawiałem się.
Spojrzałem na ekran monitora, na którym leniwie migał kursor, oczekując na wprowadzenie hasła. Od tych rozmyślań głowa rozbolała mnie jeszcze bardziej. Ruszyłem do łazienki aby przemyć twarz. Chłodna woda przyniosła wyraźną ulgę. Zerknąłem w lustro i zamarłem, za moimi plecami zobaczyłem regał z książkami. Gwałtownie się odwróciłem. Za mną była jedynie dobrze znana ściana łazienki. Powoli popatrzyłem ponownie w lustro. Regału już nie było. Wszystko wyglądało normalnie.
~ Cholera… Chyba zaczynam wariować.
Swoje kroki skierowałem w stronę kuchni, ponieważ mój żołądek przypomniał o sobie niskimi pomrukami niezadowolenia. Zrobiłem kanapki i kolejną kawę, po czym usiadłem do komputera. Na ekranie wciąż migał kursor gotów na wpisanie hasła. Początkowo próbowałem wprowadzić hasła domyślne typu cztery zera i im podobne. Niestety próby te nie przyniosły oczekiwanych efektów. Kęsy kanapki popijałem gorącym napojem. Odchyliłem się na fotelu i intensywnie myślałem o całej tej historii. 
Pojawiło się tak wiele pytań. Posiadłość, jezioro, rudowłosa, moje omdlenia i guzy na głowie, nawet ten nierealny olbrzymi księżyc, a na koniec klucz i pendrive, do którego chwilowo nie miałem dostępu. 
Do głowy przyszła mi pewna myśl, wywołałem menu zahasłowanego folderu i sprawdziłem jego wielkość. Pliki w katalogu ważyły prawie 2 GB, kurcze dużo. Oznacza, że jest tam sporo danych. Mogą one przybliżyć mnie do rozwiązania zagadki albi zawierać zdjęcia motylków z wakacji. 
– Kurwa!
Odepchnąłem gniewnie myszkę, która uderzyła z trzaskiem o podstawę monitora. Znów odchyliłem się na fotelu. Kolejna myśl. Wywołałem pierwszy portal internetowy z brzegu, sprawdziłem datę i godzinę. Z zaskoczeniem stwierdziłem, że dochodzi południe w poniedziałek. Kładłem się spać w niedzielę przed północą. Wszystko to wygląda jak sen. Tyle że snem być nie mogło.

Mam wrażenie, że nie tyle piszę „Mgnienia”, ile sam odkrywam jego świat. Jeśli chcecie odkrywać go razem ze mną, zapraszam do zaglądania na ten blog. To właśnie tutaj będą pojawiały się wszystkie nowe fragmenty.

Dodaj komentarz